Dywersanci

2013-05-04

A- A A+
Dariusz Dudek

Koledzy cudo­twórcy Dariusza Dudka szybko opa­no­wali takie zwroty, jak „popel v susine” czy „prchave latky v hor­la­vine”. Absolutnie klu­czowy jest jed­nak „obsah uhliku v uhliku”*.

Albo pań­stwowe kopal­nie zro­bią to, co my, albo upadną — mówi Dariusz Dudek, szef „Solidarności” w KWK „Silesia”. Bez dobrej woli związ­kow­ców pol­skie gór­nic­two nie ma szans.

dziennki polski ZBIGNIEW BARTUŚ
Dariusz Dudek wygląda troszkę jak Hamlet, tyle że w wycią­gnię­tej dłoni, zamiast czaszki, trzyma bryłę naj­lep­szego węgla w Polsce. Identyczne bryły widzimy na cią­gną­cych się po hory­zont wago­nach. Węglarki zablo­ko­wały dziś na dobre ruch w mia­steczku, spod któ­rego pocho­dzi urobek.

Dudka ten widok bar­dzo cie­szy, a fachow­ców zdu­miewa, bo kopal­nia i mia­steczko miały umrzeć. Za mie­dzą, na zwa­łach pań­stwo­wych kopalń, rosną czarne Himalaje — ponad 8 milio­nów ton węgla, któ­rego nikt nie chce kupić. Wystarczy na dwa mie­siące pracy całej pol­skiej ener­ge­tyki! A ten tu czarny skarb, z pry­wat­nej, czesko-związkowej „Silesii”, nawet teraz, w kry­zy­sie, sprze­daje się świet­nie. Cud? Niejedyny!

Trzy lata temu Dariusz Dudek też stał w tym miej­scu z czarną bryłą w dłoni i wyglą­dał naprawdę jak Hamlet. Głęboko pod sto­pami miał, jak i dziś, pół miliarda ton świet­nego węgla, ale wtedy zda­wało się, że bogac­two wystar­cza­jące na 20 lat pracy wszyst­kich pol­skich elek­trowni zosta­nie pod zie­mią na zawsze. Po wieku fedro­wa­nia „Silesia”, nale­żąca do pań­stwo­wej Kompanii Węglowej (KW), popa­dła w ruinę, przy­no­siła rocz­nie 100 milio­nów zło­tych strat i miała być zamknięta. Kompania nie dawała ani gro­sza na remonty, ani prace, dzięki któ­rym można by się dobrać do złóż. Próbowała zakład sprze­dać, ale - mimo dwóch podejść — nie zna­la­zła nabywcy. Do syl­we­stra 2010 roku, czyli daty likwi­da­cji „Silesii”, zostało parę tygo­dni i wtedy…

Związkowcy z kopal­nia­nej „Solidarności”, pod wodzą Dariusza Dudka, prze­ko­nali Waldemara Pawlaka, ówcze­snego wice­pre­miera i mini­stra gospo­darki, by pozwo­lił im wziąć sprawy w swoje ręce. Założyli spółkę pra­cow­ni­czą i zna­leźli inwe­stora — cze­ski kon­cern EPH. W grud­niu 2010 r. Kompania Węglowa — jak mówiono — „pozbyła się pro­blemu Silesii”. A teraz znowu go ma! Nawet większy.

Oto w dwa lata kopal­nia, wypo­sa­żona przez Czechów w naj­lep­sze maszyny na świe­cie (pol­skie), total­nie zre­or­ga­ni­zo­wana przy współ­udziale związ­kow­ców, wyro­sła na groź­nego kon­ku­renta pań­stwo­wych spółek węglo­wych. Lawinowo zwięk­sza wydo­by­cie, a nie­ba­wem chce je jesz­cze podwoić. Sprzedaje na pniu cały uro­bek. I przyj­muje pra­cow­ni­ków. — Proszę mi poka­zać drugi zakład w Polsce, ba, w tej czę­ści Europy, który przy­jął ostat­nio 1200 osób! Firmy w kry­zy­sie zwal­niają, jak Fiat w sąsied­nich Tychach, 1500 ludzi. A my będziemy zatrud­niać kolej­nych — mówi Dudek.

Jakim cudem Czesi i związ­kowcy pora­dził sobie z kopal­nią spi­saną na straty przez pań­stwo­wych mene­dże­rów? Dlaczego pry­watny wła­ści­ciel, ratu­jąc przy oka­zji 500 milio­nów ton naro­do­wego bogac­twa, potra­fił prze­mie­nić w docho­dowy biz­nes coś, co było rze­komo „trwale nie­ren­towne”? Odpowiedź na to pyta­nie jest waż­niej­sza od sejmowo-tabletowych fars poli­ty­ków. W znacz­nej mie­rze zależy od niej przy­szłośc Polski — i każ­dego z nas.

Może się to wyda­wać sza­lone — mamy prze­cież zimę — ale gdyby Donald Tusk, zgod­nie z obiet­nicą, chciał zmie­nić absur­dalny sys­tem gór­ni­czych eme­ry­tur, to naj­lep­szy moment jest teraz. Owszem, cen­trale związ­kowe grożą straj­kiem, pro­te­sty mają ruszyć na Ślą­sku już w marcu, a związki gór­ni­cze są nadal naj­po­tęż­niej­sze w całym ruchu związ­ko­wym. Orężem pie­lę­gnia­rek są czepki, wku­rzeni gór­nicy wolą kilofy, śruby, petardy, pło­nące opony, co może rzą­dzą­cych prze­ra­żać. Tak naprawdę jed­nak o sile gór­ni­ków nie decy­duje skłon­ność do zadymy, tylko rachu­nek ekonomiczny.

Niniejszy tekst piszę na kom­pu­te­rze dzięki temu, że w pie­cach odda­lo­nej o 50 kilo­me­trów elek­trowni w Jaworznie spala się węgiel wydo­byty przez miej­sco­wych gór­ni­ków. Z węgla (kamien­nego i bru­nat­nego) pocho­dzi ponad 90 pro­cent prądu zasi­la­ją­cego Kraków i resztę Polski. Nikomu nie trzeba tłu­ma­czyć, co ozna­cza wyłą­cze­nie prądu na godzinę. A na całą dobę? Na tydzień? Horror, o któ­rym wolimy nawet nie myśleć. I to był zawsze praw­dziwy argu­ment w rękach gór­ni­ków: nie kilof, lecz groźba, że nas wyłą­czą. Mogli? Mogli. Czy nadal mogą?

Artykuł pocho­dzi ze strony dziennikpolski24.pl