Kompania ma kłopoty, bo jej węgiel skażony jest państwowym DNA

2014-06-08

A- A A+
gornicy

Gdyby Kompania Węglowa, sku­pia­jąca dziś 15 kopalń, miała miliard zło­tych na inwe­sty­cje w każdą z nich, zapewne wszyst­kie można by ura­to­wać. Wiadomo, że to mrzonka.
Koniec kwiet­nia. Górnicy wycho­dzą na ulice Katowic. Pod urzę­dem woje­wódz­kim płoną opony, strze­lają race i petardy. Na ele­wa­cji lądują jajka i butelki. 10 tysięcy gar­deł skan­duje: „Złodzieje” i „Jebać Tuska”. Liderzy związ­kowi uspo­ka­jają tłum, ape­lują, żeby „nie nisz­czyć mie­nia”. Na to przyj­dzie czas w Warszawie. Górnicy sły­szą, że to stam­tąd idzie całe zło i tam będą się upo­mi­nać o swoje.

Demonstrują głów­nie pra­cow­nicy z Kompanii Węglowej. Mają czas. Dzień wcze­śniej ta naj­więk­sza gór­ni­cza spółka w Unii Europejskiej ogła­sza przy­mu­sowy prze­stój. Przez tydzień dzie­więć kopalń jest zamknię­tych, pozo­stałe fedrują na pół gwizdka. Szefowie spółki uznają, że skoro na zwa­łach leży już pra­wie 5 mln ton węgla, któ­rego nikt nie chce kupić, nie ma sensu powięk­szać zapasów.

Sytuacja jest dra­ma­tyczna. Kasa kon­cernu pusta, nie ma pie­nię­dzy na wypłaty. Kompania za 1,49 mld zł sprze­daje Jastrzębskiej Spółce Węglowej jedną ze swo­ich naj­lep­szych kopalń. Zapowiedź kolej­nego prze­stoju, już mie­sięcz­nego, gór­nicy odbie­rają jako przy­grywkę do zamy­ka­nia kopalń. — Po mie­siącu nie będzie się już dało fedro­wać. Ściany się zaci­sną, kopal­nie trzeba będzie zamknąć. Chodzi o to, żeby­śmy wylą­do­wali na bruku — mówią.

Dlatego: „Jebać Tuska!”, „Złodzieje!” i „Gdzie są nasze pieniądze?”.

Co wykań­cza Kompanię Węglową i całą gór­ni­czą branżę? Związkowcy wie­dzą i mają receptę. Chcą ogra­ni­cze­nia importu węgla (głów­nie z Rosji), obni­że­nia podat­ków dla kopalń oraz połą­cze­nia gór­ni­czych spółek z ener­ge­tyką. Żądają spo­tka­nia z pre­mie­rem. Sześć dni póź­niej Donald Tusk przy­jeż­dża do Katowic. Obiecuje, że rząd pomoże górnictwu.

Weźmy tę kopalnię

Na demon­stra­cji są też gór­nicy z kopalni Silesia. Kilka lat wcze­śniej Kompania Węglowa ska­zała ich zakład na likwidację.

- Spółka chciała udo­wod­nić, że nie opłaca się u nas fedro­wać. Dawali nam złom, a nie sprzęt. Kiedyś przy­słali kom­bajn, na któ­rym wyro­sła brzózka. Złożyłem zawia­do­mie­nie do pro­ku­ra­tury, że maszyna zagraża bez­pie­czeń­stwu ludzi pra­cu­ją­cych na dole, ale sprawa została umo­rzona — mówi Dariusz Dudek, który zaczy­nał jako gór­nik przo­dowy, a dziś jest sze­fem „Solidarności” w Silesii.

To naj­mniej­sza kopal­nia, poło­żona naj­da­lej od Katowic. Z Czechowic-Dziedzic dobrze już widać Beskidy. Spora część załogi to górale i cesa­roki, czyli Ślą­zacy z oko­lic Cieszyna. — Cesarok i góral jest strasz­nie zawzięty — mówią o sobie. Ta zawzię­tość przyda im się w walce o kopalnię.

O tym, że ma zostać zamknięta, sły­szą już od kil­ku­na­stu lat. Szefowie Kompanii upie­rają się, że pod Czechowicami nie ma złóż węgla, które opłaca się eks­plo­ato­wać. Górnicy mówią: bzdura! Kiedy spółka chce im zabrać kom­bajn, for­mują żywą zaporę. Pilnują go sześć dni i nocy. Rozkładają mate­race, roz­pa­lają grilla. Gotowi. Niech tylko ktoś spró­buje się zbli­żyć do maszyny. — To był ostatni kom­bajn. Jakby go nam zabrali, nie byłoby kopalni — mówi Wiesław Lach, który pod zie­mią w Silesii pra­cuje od 28 lat.

Od 2007 roku Kompania szuka inwe­stora, który zechciałby kupić Silesię, ale nie­mrawo, jakby w kon­cer­nie nikomu spe­cjal­nie na tym nie zale­żało. Związkowcy dzia­łają z więk­szym zapa­łem, ale trudno zna­leźć fra­jera, który wyłoży pie­nią­dze na kopal­nię, która przy­nosi 100 mln zł strat rocznie.

Wtedy kilku z nich rzuca pomysł: „Cholera, weźmy tę kopal­nię. Może się uda”. O sza­leń­cach z Czechowic-Dziedzic robi się gło­śno. Jeszcze nikt nie prze­kształ­cał kopalni w spółkę pra­cow­ni­ków. Od czego zacząć? Jakie doku­menty zgro­ma­dzić, do kogo się zwró­cić? Kto zrobi biz­ne­splan, kto da kre­dyt? Jak kie­ro­wać takim przedsiębiorstwem?

- Ludzie krę­cili kółeczka na czole, sły­sze­li­śmy, że jeste­śmy debile i ułomy — mówi Dudek, jeden z ojców zało­ży­cieli spółki pracowniczej.

Na kapi­tał zakła­dowy w wyso­ko­ści 70 tys. zł gór­nicy i związ­kowcy wykła­dają pry­watne pie­nią­dze. Uczą się, jak utwo­rzyć zarząd, radę nad­zor­czą, wybie­rają pre­zesa. Zostaje nim Krzysztof Tytko, eme­ryt, były dyrek­tor zli­kwi­do­wa­nej kopalni Czeczott w Woli. Od Kompanii sły­szą, że nie dostaną ani zło­tówki. Znów się skła­dają i zbie­rają kil­ka­dzie­siąt tysięcy zło­tych na przy­go­to­wa­nie pro­fe­sjo­nal­nego biz­ne­splanu. Dobrze wie­dzą, że nikt ich nie potrak­tuje serio, więc wynaj­mują firmę, która ma dla nich zna­leźć inwestora.

- Kompania Węglowa robiła wszystko, żeby nam się nie udało. Kiedy pięć firm zain­te­re­so­wało się naszą ofertą, przy­spie­szyli prze­targ o dwa mie­siące. Nigdy im tego nie zapo­mnę — Dudek wciąż nie potrafi mówić o tym spokojnie.

Związkowcy się obrazili

Ofertą gór­ni­ków z Czechowic-Dziedzic jest zain­te­re­so­wany także cze­ski hol­ding ener­ge­tyczny EPH. Grupa sku­pia 40 firm, mię­dzy innymi z branży wydo­byw­czej, ener­ge­tycz­nej i ciepłowniczej.

Latem 2009 roku dele­ga­cja z Silesii jedzie do Ostrawy. W małym hotelu spo­ty­kają się z Tomasem Novotnym, który repre­zen­tuje EPH. Mówi związ­kow­com: — Macie godzinę, żeby mnie przekonać.

Rozkładają papiery na stole. Denerwują się, że nie star­czy im czasu. — Po godzi­nie pan Novotny zdjął mary­narkę, a z godziny zro­biło się sześć-siedem. Po raz pierw­szy pomy­śle­li­śmy wtedy, że może się nam udać — mówi Dudek.

- Przekonała mnie ich deter­mi­na­cja. Bardzo chcieli ura­to­wać swoją kopal­nię — mówi dzi­siaj Novotny. I jesz­cze chyba to, że Silesia ma dru­gie co do wiel­ko­ści złoża węgla kamien­nego w Polsce, sza­co­wane na 500 mln ton.

W grud­niu 2010 roku w Ambasadzie Republiki Czeskiej w Warszawie umowa zostaje sfi­na­li­zo­wana. Wcześniej nowi wła­ści­ciele kopalni sia­dają do stołu ze związ­kow­cami. Negocjują warunki zatrud­nie­nia gór­ni­ków. Związkowcy zga­dzają się na likwi­da­cję czter­na­stych pen­sji. Soboty i nie­dziele będą odtąd trak­to­wane jak nor­malne dni robo­cze. W gór­nic­twie to rewolucja.

- Wielu moich kole­gów związ­kow­ców śmier­tel­nie się na nas obra­ziło — mówi Dudek. Ale dzięki temu kopal­nia prze­trwała. Na ostat­niej demon­stra­cji gór­nicy z Silesii nie musieli wal­czyć o miej­sca pracy. Chcieli tylko zade­mon­stro­wać soli­dar­ność w walce swo­ich kole­gów z Kompanią Węglową — skost­nia­łym pań­stwo­wym molochem.

- Dopóki w Kompanii Węglowej nie zro­zu­mieją, że węgiel jest takim samym towa­rem jak mleko, woda mine­ralna czy cement, to nie będzie dobrze w tej spółce. Ona po pro­stu pad­nie — mówi nam po demon­stra­cji Dudek.

To co, że nie mam „czternastki”?

Dariusz Nowak (rocz­nik 1970) mieszka w Brzeszczach. — Kopalnię widzę z okien domu. Wszyscy moi zna­jomi pra­cują w Brzeszczach. Na dole pra­co­wali też: teść, szwa­gier, dzia­dek, pra­dzia­dek, bab­cia, sąsiad jeden, drugi, piąty, dzie­siąty. No, wszy­scy pra­cują w kopalni — przy­znaje. Tylko on odszcze­pie­niec, bo poszedł do Firmy Chemicznej „Dwory” w Oświęcimiu (od 2007 roku Synthos). Operator pro­ce­sów che­micz­nych. Robota go krę­ciła, ale z zarob­kami było fatal­nie. — Dostawałem 1400 zł na rękę. Szkoda gadać. A jesz­cze przez sie­dem lat nie było pre­mii — mówi.

W 2011 roku zatrud­nił się w Silesii, na powierzchni, w zakła­dzie prze­róbki mecha­nicz­nej węgla. Po pierw­szej szych­cie wró­cił do domu prze­ra­żony. W Dworach wszystko było skom­pu­te­ry­zo­wane, insta­la­cja od Japończyków naj­no­wo­cze­śniej­sza na świe­cie. Przeróbka w Silesii jakby miała wydać ostat­nie tchnienie.

Górnicy wycią­gają z ziemi uro­bek — to węgiel zmie­szany z kamie­niem, który trzeba odsiać. Im nowo­cze­śniej­szy zakład prze­róbki, tym lep­szy jako­ściowo węgiel dociera do klien­tów. Czesi o tym wie­dzieli. W wymie­nili prak­tycz­nie wszyst­kie urzą­dze­nia. — Teraz wszystko jest nowe i zauto­ma­ty­zo­wane — mówi Nowak. To jedyna kopal­nia w Polsce, która ma hydro­cy­klony, czyli spe­cjalne wirówki, dzięki któ­rym można ofe­ro­wać węgiel takiej jako­ści, jakiej życzy sobie klient. O takim urzą­dze­niu Kompania Węglowa może tylko śnić. Na zwa­łach maga­zy­nuje węgiel sła­bej jakości.

Nowak to gór­nik zado­wo­lony. — To co, że nie mam „czter­nastki”? Pracuję osiem godzin, a potem nic mnie już nie inte­re­suje. No i dostaję depu­tat, osiem ton węgla rocz­nie — mówi. Jego osiem­na­sto­letni syn cho­dzi do dru­giej klasy szkoły gór­ni­czej przy kopalni Brzeszcze. Kompania Węglowa gwa­ran­tuje mu pracę. — Ale ja widzę, co się tam dzieje. Ciągła nie­pew­ność i strach przed likwi­da­cją — mówi Nowak. Wolałby widzieć syna u sie­bie, w pry­wat­nej Silesii.

Zdzisław Guz (rocz­nik 1959, na prze­róbce w Silesii od 1977 roku) też się mar­twi o swo­jego syna. Ma 31 lat, skoń­czył stu­dia w Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej, kie­ru­nek język chor­wacki biz­nesu. Był w Chorwacji na pół­rocz­nym stażu, ale nie mógł zna­leźć roboty. — Pracuje fizycz­nie przy mon­tażu wią­zek elek­trycz­nych w Wapienicy — mówi. — Chciał pra­co­wać w Silesii, zło­żył do nas poda­nie, ale powie­dzieli, że z takim wykształ­ce­niem nie potrze­bują. Skończył więc zawo­dówkę gór­ni­czą, teraz zaocz­nie robi tech­ni­kum. Może jesz­cze razem popracujemy.

Ale w Silesii nie ma na razie przy­jęć. Związki wal­czą, żeby zatrud­nia­jąca ponad 1600 osób kopal­nia dała pracę jesz­cze stu. Gdyby wła­dze cze­skiej spółki na to przy­stały, syno­wie Nowaka i Guza mie­liby fory już na star­cie. W umo­wie spo­łecz­nej z pry­wat­nym inwe­sto­rem zna­lazł się zapis, że człon­ko­wie rodziny obec­nych gór­ni­ków mają przy przy­ję­ciach pierwszeństwo.

Deputat, pre­mia, wyrównanie…

Wyliczenie płacy gór­nika w pań­stwo­wej kopalni to kilka stron wydruku i - jak mówią kadrowcy — „prze­kra­cza­łoby zdol­no­ści naszej percepcji”.

Górnicy są opła­cani według miej­sca, w któ­rym pra­cują w danym dniu, a więc każ­dego dnia mają inną stawkę zasad­ni­czą i inną pre­mię. Proces obli­cza­nia mie­sięcz­nego wyna­gro­dze­nia jest bar­dzo skom­pli­ko­wany, bo każdy dzień liczony jest osobno i wie­lo­skład­ni­kowo. Prawie nie ma osób, które pra­cują przez cały mie­siąc w jed­nej ścia­nie. Górnik oddziału wydo­byw­czego może pra­co­wać w ścia­nie, na odsta­wie, we wnęce, przy zbro­je­niu, likwi­da­cji, przy­go­tów­kach, odsta­wie głów­nej — w zależ­no­ści od potrzeb kopalni. A w każ­dym miej­scu ina­czej jest opłacany.

Próbujemy jed­nak przyj­rzeć się wyli­cze­niom. Zasadnicza pen­sja gór­nika to 30–40 pro­cent wypłaty. Reszta to dodatki: nad­wyżka akor­dowa, doda­tek za godziny nad­licz­bowe, wyrów­na­nie za urlopy, za czas cho­roby, „spe­cjalne wyna­gro­dze­nie” z Karty gór­nika, depu­tat węglowy, pre­mia regu­la­mi­nowa dniów­kowa, pre­mia regu­la­mi­nowa akor­dowa, pre­mia zada­niowa, pre­mie inne, doda­tek funk­cyjny, nocny, za drugą zmianę, doda­tek za pracę w szko­dli­wych warun­kach, dodatki inne nie­wy­mie­nione, nagroda roczna, nagrody jubi­le­uszowe, odprawy eme­ry­talne, nagroda bar­bór­kowa, pomoce szkolne, ekwi­wa­lent za bilety kole­jowe (prze­jazd na urlop).

- Ustaliliśmy z cze­skim inwe­sto­rem, że w naszej kopalni wszyst­kie dodatki wrzu­camy do pen­sji i zapo­mi­namy o nich jako o odręb­nych ele­men­tach płacy — mówi prze­wod­ni­czący Dudek.

Nowo przyj­mo­wani do Silesii sły­szą więc: „U nas obo­wią­zuje sys­tem 24 na 7, cho­dzi­cie w ukła­dzie bry­ga­do­wym, dla was każda sobota i nie­dziela jest » czar­nym «dniem, nie macie czter­nastki, macie » bar­bórkę «, jubi­le­usze, kartki żyw­no­ściowe, dodat­kowe gra­ty­fi­ka­cje z oka­zji świąt, paczki itd. Zgadzacie się? Jeśli tak, to skła­da­cie pod­pis, jeśli nie, to szu­kamy kogoś innego”.

Nowo przy­jęty gór­nik może dostać w Silesii 3,2 tys. zł na rękę.

Węgla jest za dużo

Kompania Węglowa zatrud­nia 53,8 tys. pra­cow­ni­ków, z czego pra­wie 5 tys. to admi­ni­stra­cja. Śred­nia płaca wynosi 6,7 tys. zł brutto. Pod koniec zeszłego roku sze­fo­wie spółki przed­sta­wili pro­gram restruk­tu­ry­za­cji, który prze­wi­dy­wał zwol­nie­nie 1020 osób, głów­nie z biur. Związkowcy odpo­wie­dzieli twardo: „nie”. Po nego­cja­cjach usta­lono: wszyst­kim pra­cow­ni­kom admi­ni­stra­cji w KW zawie­sza się na trzy lata czter­na­ste pen­sje. W zamian mają gwa­ran­cje zatrud­nie­nia do 2017 roku. Górnicy dołowi — do 2020 roku. — Ustępstwa pła­cowe się­gnęły już dna — ogła­szają związ­kowcy i zapo­wia­dają, że dal­szego cię­cia przy­wi­le­jów nie będzie.

Deklaracje padają w momen­cie, gdy Kompania ledwo dyszy. Główna przy­czyna: ceny węgla gwał­tow­nie spa­dły. Tona węgla ener­ge­tycz­nego kosz­tuje około 75 dola­rów (jesz­cze trzy lata temu o 100 dola­rów więcej).

Węgla na rynku jest za dużo. Unia Europejska sta­wia na eko­lo­gię i odna­wialne źró­dła ener­gii. W USA węgiel wyparł tań­szy gaz z łup­ków. Amerykanie zaczęli masowo eks­por­to­wać swój węgiel. Zalał rynki. Do Polski wpy­cha się też tani węgiel z Rosji.

Spadek cen obna­żył sła­bość pol­skiego gór­nic­twa, które jesz­cze kilka lat temu przy­no­siło kro­ciowe zyski. Kompania sprze­daje ze stratą, poni­żej kosz­tów wydo­by­cia. Ma naj­wyż­sze w pol­skim gór­nic­twie koszty pracy. Ciągną kon­cern na dno. Spółki nie stać na inwe­sty­cje, które mogą popra­wić kon­ku­ren­cyj­ność. W pań­stwo­wym molo­chu koszty płac to ponad 60 proc., w pry­wat­nej Silesii — tylko 40 proc.

Na Kompanii mści się poli­tyka z lat pro­spe­rity, gdy upo­li­tycz­nione zarządy ugi­nały się pod pre­sją związ­ków i wypła­cały gór­ni­kom zyski, zamiast inwe­sto­wać np. w nowo­cze­sne zakłady wzbo­ga­ca­nia węgla czy pod­ziemne kolejki. Są w Kompanii kopal­nie, gdzie gór­nicy tracą nawet dwie godziny na dojazd i powrót spod szy­bów do ścian wydo­byw­czych, bo nie ma w nich nowo­cze­snego pod­ziem­nego transportu.

Fakty: w latach 2011–2013 Kompania Węglowa wydała na inwe­sty­cje 3,4 mld zł, głów­nie na pod­ziemne kolejki, obu­dowy mecha­niczne i roz­bu­dowę sta­cji odme­ta­no­wia­nia. Dużo, ale jeśli pie­nią­dze podzie­lić mię­dzy 15 kopalń, wycho­dzi mało. W tym samym cza­sie Czesi „wpom­po­wali” w jedną kopal­nię pra­wie miliard złotych.

Niewielu wie­rzy, że taki moloch może upaść. Kopalnie to dla mło­dych ludzi wciąż atrak­cyjny pra­co­dawca. Na robotę mają jed­nak szansę wyłącz­nie absol­wenci szkół gór­ni­czych. W cza­sach pro­spe­rity Kompania Węglowa gwa­ran­to­wała pracę całym kla­som. Dziś, gdy wydo­by­cie jest ogra­ni­czane, wybiera najlepszych.

Cztery lata pod ziemią

Edyta Kudzia w lipcu 2011 roku wypo­czywa z mężem w Sarbinowie. Są kilka dni po ślu­bie, mie­siąc mio­dowy, a ten zaczyna o kopalni: że zacznie we wrze­śniu zaoczne tech­ni­kum gór­ni­cze i złoży papiery do Silesii.

Edycie się to nie podoba. Córka gór­nika, pamięta nie­po­kój, gdy jej ojciec wycho­dził na szychtę. Lęk towa­rzy­szył jej całymi latami. Mówi mężowi, że może iść na kopal­nię, ale do roboty na powierzchni. — Wtedy nie będę gór­ni­kiem — sły­szy od niego.

Przemysław Kudzia, rocz­nik 1986, od trzech lat gór­nik w przodku. Mówi, że zjeż­dża pod zie­mię dla kasy. Po liceum pra­co­wał na taśmie w fabryce Fiata w Bielsku-Białej, potem zatrud­nił się w hur­towni rowe­rów i połą­czył pasję z zara­bia­niem. Przez pięć lat dora­dzał klien­tom, sprze­da­wał i napra­wiał rowery. Od ponie­działku do soboty po 10 godzin dzien­nie za 2,5 tys. zł na rękę. — Ktoś wyli­czył, że w ciągu 25 lat pracy gór­nik dołowy spę­dza pod zie­mią całe cztery lata. Ale za to pen­sja jest dwa albo trzy razy wyż­sza niż gdzie indziej. No i po 25 latach można iść na eme­ry­turę — mówi Przemek.

Po trzech latach pracy w przodku zara­bia do 3,8 tys. zł na rękę. Wkrótce dosta­nie stawkę przod­kową, mini­mum 4,2 tys. zł, do tego bony żyw­no­ściowe w wyso­ko­ści 13,1 zł za szychtę. — Pomnóżcie to przez 20 zjaz­dów w mie­siącu — mówi. W grud­niu jesz­cze „bar­bórka”, czyli dodat­kowa pen­sja. I depu­tat węglowy, czyli rów­no­war­tość 8 ton węgla w gotówce.

Nie żąda czter­na­stej pen­sji jak ci w Kompanii Węglowej. — Mamy w ukła­dzie zbio­ro­wym zapi­sane, że zamiast „czter­nastki” będzie wypłata z zysku. Jak się zysk pojawi — mówi.

Przemek pra­cuje w „przy­go­tówce”. Górnicy żar­tują, że to kom­pa­nia karna. Niektórzy z przodka ucie­kają, bo to naj­cięż­sza robota. Fizycznie nie dają rady. Ale nie Przemek. On po trzech latach pracy wygląda, jakby cięż­kie żela­stwo prze­rzu­cał od dziecka.

Brygada przod­kowa drąży chod­niki, czyli pod­ziemne kory­ta­rze sze­ro­kie na pięć metrów. Najpierw idzie kom­bajn przod­kowy, a potem chod­nik należy obu­do­wać sta­lo­wymi rin­gami i siatką. Ring to łuk, który trzeba zmon­to­wać z czte­rech czę­ści: dwóch strop­nic i dwóch sto­ja­ków. Każda część waży 130 kg. — Jedną taką kapę bie­rzemy we dwójkę. Zarzuca się to na ramię i idzie. Od kolejki, która dowozi mate­riał, trzeba z tym przejść kilka metrów. Dzisiaj zro­bi­li­śmy trzy ringi. Oprócz rin­gów prze­nie­śli­śmy też drob­nicę, czyli roz­pory, opinkę, siatki i zamki. Ponad pół­to­rej tony na ple­cach — opi­suje szychtę Kudzia.

Nie skarży się, że jest ciężko, ale Edyta widzi, że na ramio­nach męża skóra jest coraz bar­dziej wytarta. — Od tego nosze­nia ma bli­zny, które już nigdy nie znikną — mówi. Boi się o Przemka, jak jej mama o tatę. Umówili się. Kiedy Przemek wyjeż­dża na górę, jesz­cze przed kąpielą w łaźni pusz­cza jej SMS-a. Gdy pod­wie­szana kolejka się spóźni i Przemek nie wyje­dzie o cza­sie, Edyta odcho­dzi od zmy­słów. — W nocy strach jest więk­szy. Wydaje mi się, że nocą kopal­nia jest bar­dziej nie­bez­pieczna — mówi Edyta.

Kudziowie miesz­kają na razie u rodzi­ców Edyty. Po nocy Przemek odsy­pia cztery godziny i jedzie na budowę domu. Żałuje, że doba nie ma 48 godzin. Szybciej byłby na swoim. — Budowa mnie powoli wykań­cza, ale mamy roczną córkę. To dla niej budu­jemy. Moje marze­nie to cie­szyć się eme­ry­turą, wyjść na ogró­dek, wypić kawkę z żoną i pospa­ce­ro­wać — mówi Kudzia. Do eme­ry­tury zostały mu jesz­cze 22 lata pracy pod zie­mią. Będzie jesz­cze młody, skoń­czy 50 lat.

Trzy godziny do roboty

Kopalnia Bobrek-Centrum należy do Kompanii Węglowej. Fedruje pod Bytomiem. W 2011 roku w bytom­skiej dziel­nicy Karb zaczęły się sypać domy. Cały kwar­tał kamie­nic trzeba było wybu­rzyć, a ponad 600 osób przesiedlić.

Górnicy w Bytomiu fedrują na zawał. Po wybra­nym węglu zostaje wolna prze­strzeń, która się zapada. Tak jest taniej. Miasto wysta­wia Kompanii rachu­nek za straty — 24,5 mln zł. Zostaną za to zbu­do­wane nowe domy dla przesiedleńców.

Górnicy z Bobrka-Centrum wybie­rają węgiel 800 metrów pod zie­mią. Robota jak na każ­dej innej kopalni. Szatnia, lam­pow­nia i zjazd na dół. Potem pięć kilo­me­trów pod­ziemną kolejką. — Półtora kilo­me­tra trzeba przejść pie­szo, bo do przodka nie da się doje­chać. Droga tam i z powro­tem zaj­muje trzy godziny — mówi jeden z górników.

Na dole jest gorąco i wil­gotno. Na pewno wię­cej niż 28 stopni, dla­tego szychta nie może trwać dłu­żej niż sześć godzin. To ozna­cza, że w przodku gór­nicy spę­dzają tylko trzy godziny. Można by ten czas wydłu­żyć, gdyby zain­sta­lo­wać kli­ma­ty­za­cję i kolejka dojeż­dża­łaby na miej­sce. Ale na to nie ma pieniędzy.

W Silesii jest ina­czej. Przemek przy­cho­dzi do kopalni na godzinę przed szychtą. Idzie się prze­brać, pobiera lampę, apa­rat uciecz­kowy i odbija dys­kietkę. Przed zjaz­dem jest jesz­cze cechu­nek, czyli zebra­nie, na któ­rym szty­gar przy­dziela ludzi do kon­kret­nych prac. Zjazd 500 metrów w dół zaj­muje minutę, może dwie. Potem gór­nicy wsia­dają do scharfa — pod­wie­szo­nej pod stro­pem kolejki. Jadą pół godziny, poko­nują w tym cza­sie około trzech i pół kilo­me­tra. Na pie­chotę zaję­łoby im to ponad godzinę. Czasem, kiedy kolejka się zepsuje, nie mają wyj­ścia i idą. Często po kolana w wodzie, bo doły są tak głę­bo­kie, że pompa nie nadąża z osuszaniem.

Po prze­ję­ciu Silesii Czesi od razu zain­we­sto­wali w pod­ziemny trans­port. Dzięki temu Kudzia na przodku może prze­pra­co­wać aż pięć i pół godziny, bo nie traci czasu na dłu­gie i wyczer­pu­jące doj­ście do przodka.

Mirosław Taras, od 26 kwiet­nia nowy pre­zes Kompanii Węglowej, uważ­nie przy­gląda się spółce. Abstrakcyjny przy­kład: gór­nik poświęca pół szychty, żeby dojść spod szybu do przodka. Jak jest na miej­scu, patrzy na zega­rek i uznaje, że trzeba wra­cać pod szyb. — Jeśli nie zain­we­stu­jemy w nowo­cze­sny trans­port, szybko zbli­żymy się do tego modelu. Górnicy więk­szość czasu poświę­cają teraz na dotar­cie do miej­sca i na podział zadań. Na pracę fizyczną, w sen­sie pro­duk­cji, zostaje bar­dzo mało.

Statystyczny pra­cow­nik Kompanii Węglowej wydo­bywa rocz­nie około 600 ton węgla. W pry­wat­nej Silesii — ponad 1100 ton. Taras widzi szansę na poprawę wydaj­no­ści w wydłu­że­niu czasu pracy. Chce, żeby gór­nicy pra­co­wali w sys­te­mie dwa­na­ście na dwa­na­ście godzin przez trzy dni w tygo­dniu z prze­rwą dwu­dniową i wolną nie­dzielą, co wydłuży efek­tywny czas pracy. Tam, gdzie bra­kuje trans­portu, gór­nicy dalej cho­dzi­liby do przod­ków i ścian. Ale wię­cej czasu zosta­wa­łoby na efek­tywną pracę. Prezes Kompanii zastrzega, że takie roz­wią­za­nie wymaga zgody związ­kow­ców i zmiany przepisów.

- Abstrakcja. Nierealne i nie do zaak­cep­to­wa­nia — odpo­wiada Dariusz Potyrała, prze­wod­ni­czący Związku Zawodowego Górników w Polsce.

Zrobić co trzeba i zakopać

Sami spraw­dzamy, jak jest w przodku. Oprócz dre­li­chów, kasków i kalo­szy musimy zabrać jesz­cze lampy z aku­mu­la­to­rami i cięż­kie apa­raty uciecz­kowe. Przed zjaz­dem Przemek uprze­dza nas, że w Silesii na dole nie ma toa­let. Najlepiej, żeby wszyst­kie sprawy zała­twić przed szychtą. A jak nie da rady, trzeba wyko­pać dołek, zro­bić co trzeba i zakopać.

Zjeżdżamy 500 metrów pod zie­mię. Spod szybu ruszamy pie­szo. Jest pła­sko, więc nie ma pro­ble­mów. Jesteśmy w kopalni, w któ­rej obo­wią­zuje naj­wyż­szy sto­pień zagro­że­nia meta­no­wego. O nie­bez­pie­czeń­stwie przy­po­mina tablica przed wej­ściem do kopalni. Upamiętnia 34 gór­ni­ków, któ­rzy 28 czerwca 1974 roku zgi­nęli w wyniku wybu­chu metanu.

Każdy naj­mniej­szy włącz­nik to pod zie­mią obu­do­wana szafka — zabez­pie­cze­nie na wypa­dek iskry, która mogłaby wywo­łać wybuch gazu. O papie­ro­sach można zapo­mnieć. Przyłapany na pale­niu wyla­tuje dyscyplinarnie.

Nasi prze­wod­nicy uprze­dzają, żeby­śmy patrzyli pod nogi. Uwaga oka­zuje się szcze­gól­nie cenna, gdy pochyl­nią scho­dzimy do przodka. Ostro w dół, a pod nogami aż się roi od kabli i wysta­ją­cego żelastwa.

Dochodzimy do końca chod­nika. Pod taśmo­cią­giem, wąskim przej­ściem mię­dzy obu­dową chod­nika i kom­baj­nem, z tru­dem prze­ci­skamy się do samego przodka. Górnikom woda leje się na głowę, tem­pe­ra­tura sięga 28 stopni Celsjusza.

Kombajn nie pra­cuje, bo skała jest za twarda. Górnicy dwu­me­tro­wymi wier­tłami drążą otwory, w które włożą póź­niej ładunki wybu­chowe. Po strze­la­niu kom­bajn znów będzie mógł ura­biać skałę, a bry­gada będzie zabu­do­wy­wała kolejne metry chodnika.

Wszędzie woda i biały kamienny pył. Służą do neu­tra­li­za­cji pyłu węglo­wego, któ­rego wybuch może spo­wo­do­wać spu­sto­sze­nie. Gdy wybu­cha pył węglowy, fala ude­rze­niowa pędzi mię­dzy ścia­nami pod­ziem­nego tunelu z pręd­ko­ścią 7 km na sekundę. Urywa ręce, nogi, roz­rywa tułów, miaż­dży głowę. Jeśli wybuch jest słab­szy, gór­nicy giną po pierw­szym hau­ście powie­trza — stę­że­nie tlenku węgla docho­dzi wtedy do kil­ku­na­stu procent.

Mieszanina wody i pyłu spra­wia, że miej­scami chod­nik pokryty jest mazią. Wystarczy nie­uważny krok i czło­wiek ląduje na ziemi. Pozbierać się ciężko. Trudno sobie nawet wyobra­zić, jak Przemek z kolegą prze­no­szą w tym miej­scu ważące 130 kg stropnice.

Wychodzimy z chod­nika. Jest gorąco, po chwili zaczyna bra­ko­wać tchu. Pod zie­mią — jak w wyso­kich górach — tlenu jest mniej. Mamy przed sobą 800 metrów wspi­na­nia się pochyl­nią. Nogi kilka razy odma­wiają posłu­szeń­stwa, pot prze­nika robo­czy drelich.

- Nigdy wię­cej nie napi­szemy, że gór­ni­kom z przod­ków trzeba odbie­rać przy­wi­leje — obie­cu­jemy sobie, kiedy po kilku godzi­nach wra­camy pod szyb.

Skok cywi­li­za­cyjny

- Możliwość odej­ścia na eme­ry­turę po 25 latach pracy pod zie­mią to przy­wi­lej — mówi Wiesław Lach, rocz­nik 1968, kom­baj­ni­sta. 16 czerwca minie mu 28 lat w Silesii. Na eme­ry­tu­rze był przez chwilę, ale wró­cił do kopalni. W grud­niu 2009 roku wpro­wa­dził się do nowego domu. Wybudował się cztery kilo­me­try od kopalni, obok rzeki. W maju 2010 Iłownica wylała. — Woda pod­myła mój dom i wszystko trzeba było roz­wa­lić — mówi Lach. — Dostałem 3100 zł eme­ry­tury. Nie za dużo, ale dla­tego, że w święta nigdy nie robi­łem. Za powódź dosta­łem odszko­do­wa­nie, ale wszyst­kich strat mi nie pokryło. Miałem jesz­cze do spła­ce­nia kre­dyt hipo­teczny. Wróciłem, żeby się odkuć.

Lach jest udzia­łow­cem Silesii. — Tłumaczyliśmy ludziom, dla­czego trzeba zało­żyć tę spółkę pra­cow­ni­czą. Chłopy bały się poda­wać swoje dane, że ktoś może to wyko­rzy­stać prze­ciwko nim. Ostatecznie udzia­łow­cami zostało ponad 360 osób.

Górnicy z Silesii pamię­tają, że już dru­giego dnia po pod­pi­sa­niu umowy z Czechami do kopalni zaczęły przy­jeż­dżać nowe maszyny. — Jak je zoba­czy­li­śmy, aż chciało się pra­co­wać — mówi Lach. Pyta, czy widzie­li­śmy w tele­wi­zji reklamę nakrę­coną przez rząd w 10. rocz­nicę człon­ko­stwa Polski w Unii Europejskiej. — Tam sta­diony, mosty, auto­strady. Równie dobrze mogliby to nakrę­cić u nas, w Silesii. To dopiero był skok cywi­li­za­cyjny — ocenia.

Kiedyś zawo­łał go do sie­bie kie­row­nik robót gór­ni­czych. Dowiedział się wtedy, że każdy ruch jego kom­bajnu śle­dzą na górze. Mało tego, dyrek­tor kopalni może nawet w Australii zalo­go­wać się do sys­temu i wszystko będzie widział. — Kiedy i jak jadę kom­baj­nem, w któ­rym miej­scu mam organ ura­bia­jący. Kiedyś przy niwe­la­cji terenu trzeba było wszystko ręcz­nie usta­wić, takim sznureczkiem-kątomierzem odmie­rzyć. Teraz pełna kom­pu­te­ry­za­cja — mówi.

- Mamy całe sek­cje, które dzia­łają jako e-kopalnia. Podgląd tego, co dzieje się z maszy­nami i przy ścia­nie, poprzez sys­tem kamer i czuj­ni­ków, może być pro­wa­dzony z każ­dego miej­sca na świe­cie po wpi­sa­niu odpo­wied­nich haseł. Dzięki temu nasi inży­nie­ro­wie widzą, że kom­bajn stoi i tem­pe­ra­tura w lewej gąsie­nicy wynosi 60 stopni, bo łoży­sko się prze­grzewa, więc już teraz trzeba je zamó­wić i wymie­nić, bo za trzy dni wysią­dzie. Dzięki temu sprzęt działa przez cały czas, nie ma prze­sto­jów i zapew­niona jest wysoka wydaj­ność — mówi z dumą Dariusz Dudek, prze­wod­ni­czący „Solidarności” w PG Silesia.

Zakażoną rękę trzeba odciąć

Nowi wła­ści­ciele Silesii dalecy są od samo­za­chwytu. Trudna sytu­acja gór­nic­twa, czyli niskie ceny węgla, dotyka ich tak samo jak Kompanię Węglową.

Novotny wie, że kopal­nia w Czechowicach ma lep­szą efek­tyw­ność i pro­duk­tyw­ność od całej Kompanii Węglowej, ale gdy się przyj­rzeć poszcze­gól­nym zakła­dom, to znajdą się wśród nich nie­wiele gor­sze od Silesii.

Gdyby pod uwagę brać wydaj­ność, czyli ile jeden gór­nik wydo­bywa rocz­nie węgla, Silesii nie prze­bija dziś żadna z kopalń Kompanii. W Czechowicach gór­nik wydo­bywa śred­nio 1100 ton węgla rocz­nie. Najlepszy w Kompanii Marcel może się pochwa­lić wydaj­no­ścią na pozio­mie 855 ton. Za nim są kopal­nie Bolesław Śmiały i Ziemowit. — Kilka lat temu wskaź­niki prze­kra­czały 1000 ton, ale bio­rąc pod uwagę to, co się dzieje na rynku, świa­do­mie ogra­ni­czamy wydo­by­cie — mówi Zbigniew Madej, rzecz­nik Kompanii Węglowej.

- Jaka jest naj­gor­sza kopal­nia w kon­cer­nie? — pytamy rzecz­nika, ale nie chce zdra­dzić jej nazwy. Może powie­dzieć tylko, że wydaj­ność w niej to 336 ton na górnika.

- Kilka kopalń Kompanii jest w bar­dzo złym sta­nie i gdyby miały pry­wat­nego wła­ści­ciela, nigdy nie zde­cy­do­wałby się ich dalej utrzy­my­wać. Dobre kopal­nie utrzy­mują te nie­ren­towne, ale sku­tek jest taki, że cała spółka idzie na dno — oce­nia Novotny. — Zdaję sobie sprawę z tego, że zamknię­cie nie­ren­tow­nych zakła­dów to bar­dzo trudna i bole­sna decy­zja, ale to konieczne. To jak zaka­żona ręka, którą trzeba odciąć. Jeśli tego nie zro­bimy, gan­grena zabije cały orga­nizm — dodaje.

Wiceprezes uważa, że nawet w Silesii gór­nicy i związ­kowcy powinni się zdo­być na wię­cej wyrze­czeń niż tylko rezy­gna­cja z „czter­nastki”. — System wyna­gro­dzeń, który obec­nie funk­cjo­nuje w pol­skim gór­nic­twie, wszyst­kich pra­cow­ni­ków sta­wia na jed­nym pozio­mie. Każdy ma zagwa­ran­to­wane pie­nią­dze bez względu na to, jak pra­cuje. Wyróżniający się pra­cow­nicy, któ­rzy bar­dzo dobrze pra­cują, mogą dostać tylko nie­wiele wię­cej. Ta róż­nica płac jest zbyt mała i nie daje żad­nej moty­wa­cji. Niestety, sys­tem, który wypra­co­wa­li­śmy, też nie roz­wią­zuje tego pro­blemu. Silesia to wciąż firma, która ma w sobie pań­stwowe DNA i pewne zmiany trudno prze­for­so­wać — mówi Novotny. — Niewykluczone, że jeśli zła sytu­acja w branży będzie się utrzy­my­wała, będziemy musieli wró­cić do roz­mów ze związ­kow­cami. Być może będziemy musieli się przyj­rzeć kolej­nym ele­men­tom wyna­gro­dze­nia i je obciąć. Być może trzeba będzie też zmniej­szyć inwe­sty­cje i zatrud­nie­nie. Nie chcemy tego robić i nie takie są nasza stra­te­gia i inten­cje, ale jeśli sytu­acja nas do tego zmusi, nie będzie innego wyjścia.

Likwidacja” to słowo, któ­rego nowy szef Kompanii Węglowej unika jak ognia. Ale wyja­śnia, że gdyby sku­pia­jąca dziś 15 kopalń pań­stwowa spółka gór­ni­cza miała miliard zło­tych na inwe­sty­cje w każdą z nich, zapewne wszyst­kie można by ura­to­wać. Wiadomo, że to mrzonka. Takich pie­nię­dzy — mimo zapew­nień pre­miera o pomocy dla gór­nic­twa — Kompania mieć nie będzie. Co dalej? Które kopal­nie zostaną zamknięte w pierw­szej kolejności?

- Nie chcemy robić takich rze­czy — mówi pre­zes Taras. — Ale jeżeli pra­cow­nicy tych kopalń chcie­liby je prze­jąć i pójść wzo­rem Silesii, przy­kla­śniemy im i pomożemy.

Tekst i zdję­cie pocho­dzą ze strony gazeta.pl